wtorek, 13 maja 2014

Od Pétera do Schintaro

Siedziałem na parapecie jednego z witraży. Był wielki i przedstawiał scenę ,kiedy faraon nakazuje zabierać dzieci hebrajczykom i wrzucać je do Nilu. Sama rzeka nie była przedstawioną w błękicie, ale szkarłacie, który miał zapewne przypominać o przelewie niewinnej krwi. Nie patrząc na witraż, pieczołowicie pucowałem mój prawy but. Można było się w nim przejrzeć. Założyłem go z szerokim uśmiechem. Teraz lewy..
-No kogo my tu mamy...- usłyszałem głos. Banda głupich osiemnastolatków. Jakieś tam pół demony. Ich "szef" był jednak w połowie syreną, co szczerze mnie bawiło. Coś się mnie uczepili. Nie jestem już "no-wy" ,więc teoretycznie powinni się odczepić. - Cygański pucybut, no proszę!- zarechotali. Westchnąłem. Uśmiechnąłem się z zażenowaniem, czując że zaraz wybuchnę. Zamknąłem oczy. Spojrzałem na nich.
-Nie mam na ciebie czasu Arielko.- odgryzłem się. Zmarszczył brwi.
-Nie pogrywaj ...- nie dokończył. Starałem się być w miarę miły dla wszystkich, ale z takimi trzeba krótko. Mój czyściuteńki lewy glan, spotkał się z jego twarzą. Zachwiał się zszokowany. Nachyliłem się i zabrałem swoje obuwie.
-Przepraszam, ale dziś się śpieszę.- powiedziałem uśmiechając się prawie przyjaźnie. Wyminąłem ich. Skręciłem w lewy korytarz i zetknąłem sie z wyższym o głowę lub więcej brunetem.
-No cześć jak masz na imię?- powiedziałem radośnie się śmiejąc.


<Schintaro?  >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz